Ciągle słyszę, że moje zwierzęta są niedopieszczone. Najczęściej wtedy, kiedy któreś z nich właśnie próbuje wejść człowiekowi pod rękę, pod pachę albo — gdyby tylko anatomia pozwalała — prawdopodobnie bezpośrednio do kieszeni.
— Ale on się domaga!
— Ale ona tak chce, żeby ją głaskać!
— Zobacz, jaki niedopieszczony!
(Kochani, wybaczcie wtrącenie, ale pierwsza zbiórka na Zagajnik Judyty jest pod linkiem: https://www.ratujemyzwierzaki.pl/zagajnikjudyty – tam znajdziecie informacje odnośnie tego, jak wspólnie budowaliśmy to magiczne miejsce!)

Patrzę wtedy na tego „niedopieszczonego” konia, który bez najmniejszego skrępowania informuje mnie, gdzie dokładnie mam drapać, poprawia pozycję człowieka, kiedy ręka znajdzie się nie tam, gdzie powinna, i po chwili wraca po więcej.
I myślę sobie, że chyba trochę inaczej rozumiemy słowo „niedopieszczony”.
Bo zwierzę, które naprawdę nie zna dobrego dotyku, bardzo często wcale się go nie domaga. Najpierw stoi. Patrzy. Czasem odchodzi. Czasem pozwala się dotknąć, ale całym ciałem mówi, że jeszcze nie wie, co z tego wyniknie, albo robi coś, co przez lata widziałam u kolejnych uratowanych młodych koni: podchodzi pół kroku, zatrzymuje się i niemal słyszę w tej chwili pytanie: „Na pewno?”
Na pewno mogę?
Na pewno ta ręka niczego ode mnie nie chce?
Na pewno mogę się oprzeć, przysunąć, zostać?
Na pewno nie będę za chwilę przepędzony?
I dopiero kiedy odpowiedź wiele razy brzmi „tak”, zaczyna się robić ciekawie. Bo zaufanie nie polega na tym, że koń pozwala człowiekowi zrobić ze sobą wszystko. Dla mnie znacznie ważniejsze jest, żeby wiedział, że może odejść. Powiedzieć „nie”. Wrócić. I że kiedy sam wkłada człowiekowi nos pod pachę, to naprawdę jest jego pomysł.
Tylko że człowiek w tej historii wcale nie jest najważniejszy. Przez lata ratowania koni nauczyłam się czegoś znacznie mniej wygodnego dla naszego ludzkiego ego: konie bardzo często potrafią zrobić dla innych koni coś, czego my nie jesteśmy w stanie.

Lala jest chyba jednym z najlepszych przykładów. Po tym, jak do nas trafiła, jej rehabilitacja psychiczna trwała rok. I przez pierwszą część tego roku moja rola polegała głównie na tym, żeby nie przeszkadzać. Najpierw pracowało stado.
Kiedy Lala przyjechała do Szkapy, jedną z pierwszych osób — końskich osób, oczywiście — które ją przywitały, była malutka Judyta. Później pojawił się Zefir. Dosłownie koczował pod jej boksem. Pomimo że sam był źrebakiem, na drzemkę wybierał betonową wylewkę przed boksem Lali zamiast łąki albo słomy. I ciągle coś jej tam szeptał po końskiemu.


To on po kilku miesiącach przekonał Lalę, że wychodzenie z boksu może jednak prowadzić do czegoś dobrego. Że za drzwiami nie musi czekać katastrofa. Może być trawa, drugi koń czy zwyczajny dzień ze słońcem, wiatrem, deszczem albo nieznośnymi owadami.
Dopiero później mogłam zacząć naprawdę budować z nią własną relację.
Bo dla młodego czy przestraszonego konia spokojny członek stada jest czymś więcej niż towarzystwem. Jest punktem odniesienia. Jeśli drugi koń je, odpoczywa, podchodzi, odchodzi i nic strasznego się nie wydarza, świat zaczyna być odrobinę mniej podejrzany.
I właśnie z takich historii, trochę przypadkiem, powstał kiedyś Zagajnik Judyty. Na początku miało być skromnie: Judyta i Okruszek. Okruszek stracił matkę, kiedy miał zaledwie kilka tygodni. Judyta — kiedy miała około trzech miesięcy. Zapowiadałam wtedy trzy boksy, chociaż źrebaki-sierotki były dwa, i tajemniczo nie chciałam powiedzieć, po co mi trzeci.
Trzeci miał być dla Lali.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że dwa lata później będę próbowała policzyć wszystkich mieszkańców tej historii i zastanawiać się, gdzie właściwie mam ich pomieścić. Bo pojawił się Zefir, który stracił matkę w wieku około czterech miesięcy i miał mieć rozedmę płuc.



Potem Mango. Kiedy został osierocony, miał około trzech miesięcy. Wychowywał się w oborze z krowami, chowany na sztucznym mleku. Jak w końcu trafił do mnie, nie znał słońca, koni, a człowiekowi czuł się zobowiązany tłumaczyć, że jest bezbronny…
W tym roku doszedł Apacz, ocalony na targu koni w Skaryszewie. Miał trafić na ubój, zanim skończył pięć miesięcy.
Był też Koral. Kiedy do nas przyjechał, miał według rokowań przeżyć zaledwie kilka dni/tygodni. To on, o ironio, jako pierwszy wyrósł z Zagajnika i przeszedł do dużego stada. Dzisiaj pisze już zupełnie inną historię, u boku Śnieżynki.
I gdzieś po drodze z dwóch osieroconych dzieci zrobiła się cała banda. Ogromną rolę w całym projekcie odegrała Jagoda. Najstarsza klacz na świecie najwyraźniej pewnego dnia uznała, że skoro już jest w SzkapoStadzie, może przy okazji adoptować wszystkie nasze źrebaki. Pilnowała ich. Spała z nimi. Stała przy nich. Dawała im coś, czego człowiek nie potrafi dać: obecność dorosłego konia, który zna koński język bez tłumacza. Tyle że Jagoda ma pewną wadę wychowawczą. Rozpieszcza dzieci.

Przez długi czas Zagajnik Judyty był małym, bezpiecznym światem. Jagoda, Judyta, Zefir, Mango. Dzieciaki rosły, nabierały pewności siebie, aż w końcu zaczęły robić dokładnie to, co końskie nastolatki robią najlepiej. Głupoty… Zaczęły się przepychanki, gonitwy, próby sił, stawanie dęba na siebie i sprawdzanie, kto komu może wejść na głowę.
Jagoda była cudowną KońMatką, ale przestała wystarczać jako jednoosobowa placówka wychowawcza dla bandy podrostków. Dlatego tej wiosny Zagajnik poszedł na kilka miesięcy do dużego stada. Nie za karę, tylko po naukę. Bo młody koń potrzebuje nie tylko kogoś, kto go ochroni. Potrzebuje różnych relacji. Potrzebuje koni, które zaproszą do zabawy. Takich, które odejdą albo powiedzą: „dobrze, wystarczy”. I takich, które powiedzą to trochę wyraźniej. W dużym stadzie młody koń ma znacznie więcej okazji, żeby nauczyć się, że relacja nie polega wyłącznie na tym, co on właśnie ma ochotę zrobić.
Plan był taki, że zostaną tam aż do zimy. Ale plany przy koniach mają tę wadę, że konie ich nie czytają. Przyszła druga fala upałów w Polsce (pierwszą spokojnie przetrwaliśmy). Jagoda zaczęła tracić na wadze. Dzieciaki zrobiły się raczej osowiałe niż chętne do swoich głupotek. I wiedziałam już, że potrzebuję mieć całą czwórkę znowu bliżej, żeby móc dokładniej pilnować każdego z osobna.
Przy zbiorowym żywieniu zawsze pozostaje trochę niewiadomych. Wiem, ile paszy dostało stado. Nie zawsze mogę być pewna, ile zjadł konkretny koń. Wiem, ile podałam witamin, marchewki czy probiotyków i elektrolitów. Nie zawsze mogę być pewna, kto rzeczywiście dostał swoją porcję. Przy upałach dochodzą dokładniejsze obserwowanie apetytu, picia i samopoczucia. A czasem pusty żłób mówi jedynie tyle, że ktoś zjadł. Niekoniecznie ten, o którego najbardziej się martwiłam.
Dlatego Zagajnik wrócił na swój wybieg wcześniej, niż planowałam. Nie dlatego, że lekcja w dużym stadzie była skończona, ale dlatego, że właśnie tego wtedy potrzebowali. A przez czas ich nieobecności świat zdążył się trochę zmienić… Pojawił się Apacz.
Kiedy go wykupiliśmy, reszta Zagajnika właśnie wyprowadzała się do dużego stada, więc zamieszkał z Lalą. Dla niego oznaczało to spokojne oswajanie się z nowym miejscem. Dla niewidomej Lali — towarzystwo. Od czasu do czasu odwiedzali ich także „Staruchy” (proszę nie traktować tego określenia jako obelgę, jest ono naprawdę pieszczotliwe): Prinz i Celestyna. I tak wyglądała rodzina Apacza. Lala. Czasem Staruchy. Spokój.
A potem Zagajnik wrócił. I nagle do tej rodziny wprowadzili się między innymi całkiem już pokaźny Zefir i niewiele mniejsza Judyta. Trzeba tu powiedzieć coś bardzo ważnego. Zefir i Judyta są strasznymi łobuzami. Naprawdę! Ganiane po wybiegu? Oczywiście. Brykanie? Naturalnie. Stawanie na siebie dęba? Czemu nie. Dopóki mieli głównie siebie, większość tej młodzieńczej energii rozładowywali między sobą. A teraz był jeszcze Apacz. Młodszy. Słabszy. Nowy. Nie musieli już łobuzować wyłącznie między sobą.
I właśnie wtedy szczególnie zaczął mnie interesować Mango. Bo Mango zaczął Apaczowi bratować. Nie zamienił się nagle w statecznego opiekuna. Nie dostał kamizelki z napisem „terapeuta”. Nadal jest młodym koniem, ale przyjął Apacza do swojego świata. Trzymał się przy nim. Pokazywał mu, gdzie idziemy, z kim jesteśmy, co właśnie robi stado. Był blisko, kiedy świat Apacza z małej rodziny nagle zrobił się bardzo duży.
I trudno mi było nie pamiętać wtedy innego Mango. Tego sprzed roku. Końskiego dziecka, które bało się słońca i całym sobą mówiło mi: „Jestem źrebakiem. Proszę, nie zrób mi krzywdy.” Najpierw to Zefir pomagał Mango odnaleźć się w nowym świecie. Rok później Mango robił coś podobnego dla Apacza.

I chyba właśnie w takich momentach najlepiej widzę, czym naprawdę jest rehabilitacja. Nie chodzi o to, żeby z uratowanego zwierzęcia zrobić wdzięczny, grzeczny eksponat. Nawet nie o to, żeby to zwierzę najbardziej na świecie kochało człowieka. Chodzi o to, żeby pewnego dnia mogło przestać być wyłącznie tym stworzeniem, któremu trzeba na każdym kroku pomagać. Żeby mogło stać się częścią stada. Łobuzować. Pokłócić się. Odejść na krok. Wrócić. Wybrać sobie przyjaciela. A któregoś dnia okazać się dla następnego przerażonego dzieciaka kimś, przy kim świat wygląda trochę bezpieczniej. To już nie jest „biedny źrebak”, tylko koń, który ma coś do zaoferowania następnemu.
Okruszek również dawno przestał mieścić się w swojej pierwszej roli. Dziś jest na osobnym wybiegu, bo bardzo intensywnie odkrywa, że jest ogierem, więc do czasu kastracji nie wróci do reszty młodzieży.
Koral wyrósł z Zagajnika. Judyta, Zefir i Mango są coraz więksi. Apacz do nich dołączył. A ja patrzę na to wszystko i zaczynam dostrzegać pewien dość paradoksalny problem. Dwa lata temu tworzyłam Zagajnik dla 2 (słownie: dwóch) źrebaków. Miały nie dożyć nawet najbliższych miesięcy.
Minęły dwa lata. I teraz mam „kłopot”. Zagajnik Judyty stał się niemal małym państwem! A źrebaki przez Was ocalone? One dorastają. Wszystkie te „nie wiadomo, czy przeżyje”. Wszystkie te „rokowania są bardzo ostrożne”. Wszystkie końskie dzieci, dla których potrzebne były małe bezpieczne boksy i kawałek własnego świata. Robią się dużymi końmi. I trzeba im ten świat powiększyć.

Dlatego zaczęłam myśleć o Zagajniku Judyty 2.
Potrzebuję przebudować część ogrodzeń i stworzyć jeszcze jeden bezpieczny wybieg. Taki, który pozwoli mi dzielić młode konie na grupy odpowiednie do ich wieku, charakteru i aktualnych potrzeb. Z miejscem do ruchu, schronieniem i możliwością dalszego uczenia się końskich manier.
Zagajnik Judyty był potrzebny po to, żeby osierocone źrebaki miały gdzie bezpiecznie dorastać. Teraz kontynuuję misję z najlepszego możliwego powodu. Dorastają.



A że tekst zaczął się od zwierząt „niedopieszczonych”, wypada chyba sprawdzić, co u nich słychać. Wczoraj drapałam Lalę. Potem Zefira. Potem Apacza. Cała trójka wyraźnie się rozluźniła, a chwilę później dostałam serię imponujących końskich ziewnięć. Nie będę z tego tworzyć naukowej teorii, według której każde końskie ziewnięcie oznacza szczęście. Mogę natomiast powiedzieć, co widziałam: stały. Podsuwały się pod ręce. Drapanie było bardzo mile widziane. Po wszystkim natomiast wyglądały jak banda stworzeń, które właśnie miały wyjątkowo ciężki dzień polegający na byciu głaskanym.
Strasznie niedopieszczone. Naprawdę muszę coś z tym zrobić.
Aga ze SzkapoStada
Wesprzyj nas:
numer konta: 52 1020 2472 0000 6602 0184 8472
paypal: agnieszka.zera@gmail.com
BLIK: 669-114-429